LISA THE WORKER: What was I doing in the UK?

7/28/2017

If you follow me on various social media, you know that in July I started a quite funny job. Each day is full of surprises. However, more than once I could catch myself thinking about how great working in England was. And I realized that I never really wrote here, what I did in England! So it's time to finally do that.
Jeżeli śledzicie mnie na różnych mediach społecznościowych, wiecie, że w lipcu zaczęłam dość zabawną pracę. Każdy dzień jest pełen niespodzianek. Jednakże nie raz łapię się na wracaniu myślami do tego, jakże wspaniale było mi pracować w Anglii. I zdałam sobie sprawę, że nigdy tak naprawdę nie napisałam wam, co ja w tej Anglii robiłam! Czas więc szybko was oświecić.

So I had two jobs. It's been a while and I'm not planning to go back there, so I can talk about all the facts. Especially that many of you may someday go to Sheffield and this post will be helpful.
My first I found by a post on a group of Poles living in Sheffield at Facebook. We contacted the girl who posted the post, then immediately agreeded on an interview and that's all, done. It was a job at the Jack Wills' warehouse, which I heard was crazy expensive, luxury, although still unknown to me. Of course 8 hours and two shifts. Happiness and pride, because I've finally found my first job and it was pretty close to my place.
However, the first shock was that almost everyone spoke Polish there. Easier - almost everyone there was Polish. And that would be enough for my English language skills improvement. The place was also very cold. I understand that it was probably November, but I on a lot of times were working there in my winter jacket. Besides it was nice and pleasant, rather stress free.
If not the fact that their job agency was a joke.
Otóż miałam dwie prace. Minęło już trochę czasu i wracać tam nie planuję, więc pozwolę sobie na przedstawienie wszystkich faktów. Zwłaszcza, że wielu z was może akurat kiedyś trafi do Sheffield i ten post okaże się pomocny.
Pierwszą pracę znalazłam przez ogłoszenie na Facebooku na grupie Polaków mieszkających w Sheffield. Skontaktowaliśmy się z dziewczyną, która zamieściła post, od razu umówiliśmy się na rozmowę i już, po wszystkim. Była to praca na magazynie marki Jack Wills, ponoć szałowej i drogiej, aczkolwiek mi jeszcze wtedy nieznanej firmy. Oczywiście 8 godzin i dwie zmiany. Szczęście i duma, bo w końcu pierwsza praca i to dość blisko domu.
Jednakże pierwszym szokiem okazało się to, że niemalże wszyscy mówili tam po polsku. Tłumacząc - pracowali tam prawie sami Polacy. I to by było na tyle z ćwiczenia angielskiego. Na miejscu było też bardzo zimno. Rozumiem, że był to już bodajże listopad, ale po magazynie chodziłam niejednokrotnie w kurtce. Poza tym było miło i przyjemnie, raczej bezstresowo.
Gdyby nie to, że ich agencja to jakiś żart.

I signed the contract, everything was beautifully beautiful, I could even speak Polish, but in three weeks I maybe worked four times. When one day is equal to 50 pounds. A room rent is about 60 pounds a week. If I were to support myself on my own, it would be impossible. And it's not that I didn't want to go to work. Every day I tried to call the agency, but somehow they never picked up. And when they called, it was necessary to rush to the phone, because the chance to go to work could dissapear . Of course, if they called, it was about 12, and at 2pm you have to be at work. Constant life in tension and lack of ability to arrange any schedule? Not my thing.
After three weeks I found something better, so I went to hand on my resignation. Of course there was a Pole with whom I had arranged a few things earlier, and an Englishman whom I had seen for the first time. I went to a Pole telling him I would like to resign, because there was something there. Englishman told me we are in the UK, so hola hola, we speak English here, young lady. So the next part of the conversation with the Pole I had to lead in English. Paranoia. Not to mention that I had to really explain why I wanted to leave (I said that I was going home, I wouldn't tell them so directly that they are hopeless and this work is not a work) because they didn't want to let me go. I don't recommend that agency.
Podpisałam umowę, wszystko pięknie ładnie, nawet można mówić po polsku, ale w ciągu trzech tygodni w pracy byłam może 4 razy. Z czego z dnia ma się 50 funtów. A wynajem pokoju to około 60 funtów na tydzień. Gdybym miała się sama utrzymywać, byłoby to niewykonalne. I to nie tak, że nie chciałam chodzić do pracy. Codziennie starałam się dodzwonić do agencji, ale jakoś nigdy nikt nie odbierał. A jak już oni dzwonili, to trzeba było rzucać się do telefonu, bo szansa pójścia do pracy mogła przepaść. Oczywiście jak dzwonili, to tak o 12, że na 14 trzeba przyjść do pracy. Ciągłe życie w napięciu i brak możliwości ułożenia sobie jakiegokolwiek grafiku? Nie moje klimaty.
Po trzech tygodniach znalazłam sobie coś lepszego, więc poszłam się zwolnić. W biurze oczywiście był Polak, z którym załatwiałam wcześniej kilka rzeczy, i jakiś Anglik, którego widziałam po raz pierwszy. Podeszłam do Polaka, mówiąc mu, że chciałabym się zwolnić bo coś tam coś tam. Anglik z pretensjami, że jesteśmy w UK, więc hola hola, mówimy po angielsku. Tak więc dalszą część rozmowy z Polakiem musiałam prowadzić po angielsku. Paranoja. Nie wspominając o tym, że musiałam się naprawdę mocno tłumaczyć, dlaczego chcę odejść (powiedziałam, że wracam do domu, przecież bym im nie powiedziała tak bezpośrednio, że są beznadziejni i ta praca to nie praca), bo nie chcieli mnie w ogóle puścić. Nie polecam.

I also mentioned that it was a two-shift job. I've never been at the first shift and I don't know if any of my Polish ex-associates had the honor to be there. The girls said that some of their friend had arranged with the agency to come to work for the morning shift. She appeared at 6am only to find out she wasn't on the list at all and have to go home. Respect for people and their time above all.
Wspominałam jeszcze, że była to praca na dwie zmiany. Nigdy na pierwszej zmianie nie byłam i nie wiem, czy ktokolwiek z moich polskich eks-współpracowników miał ten zaszczyt. Dziewczyny mówiły, że kiedyś jakaś ich koleżanka umówiła się z agencją, że przyjdzie do pracy na poranną zmianę. Pojawiła się na miejscu o 6 rano tylko po to, żeby dowiedzieć się, że jednak wcale nie ma jej na liście i może wracać do domu. Szacunek do ludzi i ich czasu przede wszystkim.

The second job I found while being employed in the first one by a friend's friend. True enough, it was in another town, almost 1.5-hour away by a bus (15 minutes by car, ekhm), but it was worth it. I accepted this work mainly because I had someone who could keep droping me there. But as usual, shit happens and people have no sense of responsibility, so I had to cope by myself and going to work from 8 turned up to 12 hours.
The case was more serious, because in addition to the interview and the test (usually it's a short test to check if you're not an idiot), everything was done professionally and in English. What's more, Dan from the agency really talked fastly like a teenager. I had to focus very hard to get to what he meant. But I managed.
Here again, two shifts, but the employee's treatment quite different. It was a nuts factory, I was working mainly in packing ready-made bags in boxes. Still, sterility was really at the level and only people with ID's could enter the area. We put on a full uniform consisting of shoes, a coat, a hair net, a cap and a pair of gloves. And every time we went in, it was mandatory to sanitize our hands. I remember that at that time I burn while cooking dinner and my finger didn't bear it well.
The work was very pleasant. We had two breaks half an hour long, which I can't think of at the moment when I can barely leave for 15 minutes out of the cash register. Also, the shifts were constant and there were no problems. If I wanted a day of, I had a day off. If I wanted to come overtime, I could come overtime. Payouts also always were right. I've been working there for two months and I think of it very well despite constant insomnia and trouble with transportation. And I could also lie to people that I work in the hospital with my fancy clothes.
Drugą pracę znalazłam w trakcie bycia zatrudnioną w pierwszej poprzez znajomego znajomego. Co prawda miasto dalej i z transportem zajmującym 1,5h autobusem (15 minut samochodem, ekhm), ale było warto. Przyjęłam tą pracę głównie ze względu na dojazd, który miałam zapewniony. Ale jak zwykle shit happens i ludzie nie mają poczucia odpowiedzialności, więc musiałam sobie radzić sama i wypad do pracy z 8 zamieniał się w 12h.
Sprawa była poważniejsza, bo oprócz rozmowy i testu (zazwyczaj przy zatrudnianiu rozwiązuje się krótki test na idiotyzm), wszystko odbywało się profesjonalnie i po angielsku. Co więcej, Dan z agencji doprawdy nawijał szybko niczym nastolatka. Musiałam się mocno skupić, żeby dotarło do mnie, co on ma na myśli. Ale dałam radę.
Tutaj ponownie, dwie zmiany, ale podejście do pracownika zupełnie inne. Była to fabryka orzeszków, ja pracowałam w części odpowiedzialnej głównie za pakowanie już gotowych torebek do pudeł. Mimo to, sterylność była naprawdę na poziomie i na teren mogli wejść tylko ludzie z identyfikatorami. Zakładaliśmy pełen uniform składający się z butów, płaszcza, czepka, czapki a do tego rękawiczek. I przy każdym wchodzeniu obowiązkowe było odkażanie dłoni. Pamiętam, że w tym czasie oparzyłam się przy gotowaniu obiadu i mój palec nie najlepiej to znosił.
Praca była bardzo przyjemna. Mieliśmy przerwy dwa razy po pół godziny, co nie mieści się mi w głowie na chwilę obecną, gdy ledwo mogę wyjść na 15 minut z kasy. Ponadto, zmiany były stałe i nie było z niczym problemów. Jeżeli chciałam wolne, miałam wolne. Jeżeli chciałam przyjść na nadgodziny, mogłam przyjść na nadgodziny. Wypłaty też zawsze się zgadzały. Pracowałam tam chyba dwa miesiące i bardzo dobrze wspominam ten czas pomimo ciągłego niewyspania i problemów z dojazdem. A do tego mogłam wkręcać ludzi, że pracuję w szpitalu dzięki swojemu szałowemu ubranku.

Working in England for a teenager is a great deal because you can make a lot of money in a short amount of time and life there is not as expensive as it might seem. The next posts will be about how to find a job there, because it turned out to be a lot more complicated than I thought it would be, and about how it is with this life outside of your country.
See ya next time! c:
Praca w Anglii dla nastolatki jest naprawdę super, bo szybko można zarobić duże pieniądze, a życie tam wcale nie jest tak drogie, jak mogłoby się wydawać, że będzie. W następnych postach będzie o tym, jak w ogóle znaleźć pracę, bo okazało się to być dużo bardziej skomplikowane niż myślałam, że będzie, oraz o tym, jak to jest z tym życiem za granicami naszego państwa.
Do następnego! c:

No comments:

Powered by Blogger.